Na początku paniczny strach przed utratą bezpieczeństwa i wejścia w nieznane wywołuje niekontrolowaną rozpacz. Upadek i poniżenie, zatracenie swojej godności w celu zapobiegnięcia gwałtownych niechcianych zmian. Kolejnym etapem jest bolesna walka. Nadzieja, która każdego ranka popycha nas w stronę samo destrukcji blokuje złe wspomnienia pozostawiając tylko pozytywne. Uśmiech znika, gdy z każdym kolejnym dniem teraźniejszość wbija nam nóż w plecy. Poczucie drwiącego z nas losu podkłada nogę za każdym razem, gdy próbujemy się podnieść. Decyzje dotyczące naszego życia nie zostają podejmowane przed nas. Ból, niezrozumienie, smutek zaczynają nabierać mocy wytwarzając obsesyjną wściekłość. Chęć zemsty i przejęcia przez nas kontroli nieustannie kłóci się z ciepłym uczuciem w naszym wnętrzu. Z uczuciem, którym nasze życie było tak długo wypełnione. Które nie było kłamstwem. Gubimy się we własnych myślach, słowach i czynach. Zapewniamy by po chwili zaprzeczyć. Mętlik trwa wystarczająco długo - opadamy z sił. Rozpaczliwie błagamy o pomoc… szarpiąc się, kłócąc i sprzedając własne ciało za odrobinę zainteresowania. Kolejno przychodzi niespodziewana cisza odbierająca wszystkie dotychczasowe odczucia. Budzimy się skamieniali ale i spokojni. Obojętni - cudownie psychicznie uzdrowieni z cierpienia. Brak wrażliwości, brak empatii, brak człowieczeństwa – skutki uboczne.
Suniemy do przodu. Każdy dzień zdaje się być taki sam. Wegetujemy? Napotykamy dookoła na baśniowe historie. Przyjmując ze zrozumieniem i stoickim spokojem fakt, że nasza bajka już dobiegła końca. Pozostaje tylko jedno pytanie natrętnie zamieniające nasze sny w koszmary… gdzie podziało się do licha szczęśliwe zakończenie naszej bajki?!...nie oczekujemy odpowiedzi.













